Posłuchaj:

Lub przeczytaj:

Moje początki przygody z samochodem były jak jazda na wstecznym. Prawko zrobiłam w trzeciej klasie liceum, bo wszyscy robili. Koledzy dostawali potem samochody od rodziców, a ja mogłam co najwyżej jeździć w weekendy z ojcem siedzącym na prawym fotelu. A to nie był dobry pomysł.

Zaraz po odebraniu papierów zrobiłam trasę do Rzeszowa, jadąc Skodą 105 i w trakcie  mocno przypaliłam sprzęgło. Wracając, będąc już „prawie” bezpieczną w garażu, wryłam się prawym nadkolem w kredens – bo przecież garaż to świetne miejsce na trzymanie mebli kuchennych, prawda? Cała ta sytuacja zakończyła się wrzuceniem prawka na 10 lat do szuflady.

Po prawie dekadzie obrażania się na samochody i tysiącach kilometrów przejechanych rowerami i pociągami (kto jeździł wtedy w wagonach bagażowych, ten wie, o czym mówię), przyszła mi myśl – w pociągu, żeby było jasne – że chcę natychmiast samochód.

Myślisz. Szukasz. Kupujesz. Masz. Miałam i ja – samochód na parkingu i opór w głowie, żeby do niego wsiąść. Przypomniały mi się wszystkie scenki ze Skodą w roli głównej.

Wreszcie po miesiącu od kupienia poszłam na parking i wsiadłam do naszego Citorëna Berlingo. Pierwsza jazda nie była najgorsza – a za to „najgorsze” wtedy uznawałam zgaśnięcie silnika podczas ruszania. To taka trauma po kursie i egzaminie… Po przejechaniu 2 tysięcy kilometrów, głównie po górskich drogach, już wiedziałam, że powtarzam błędy przyswojone w trakcie nauki i że chcę się ich pozbyć. Chcę jeździć dobrze. I znów – chcę równa się robię.

Jadę na szkolenie z doskonalenia techniki jazdy na tor w Miedzianej Górze, do ówczesnej Szkoły Jazdy Subaru. Tam, w trakcie 6 godzin, przechodzę pranie mózgu, neutralizację starych nawyków i megaintensywne wdrukowywanie nowych. Te 6 godzin ma wpływ na resztę mojej samochodowej historii. Przyjmuję wszystko, co mówią do mnie instruktorzy i wcielam „od już” w życie. Jeden z nich mówi zdanie, które zostaje ze mną na zawsze: „Ty się nauczysz, bo chcesz. A oni – reszta – nie, bo wydaje im się, że wszystko umieją.”

To prawda – ja chciałam i zrobiłam. Wieczorem, po szkoleniu, z Kielc do Warszawy wracaliśmy 7 godzin. Byłam tak zmęczona, że co chwila stawaliśmy, żebym odpoczęła. Mimo tego stanu wracałam jako inny kierowca – inna osoba.

Od tamtego dnia minęło kolejnych 10 lat. Na szkolenia wracałam kilkakrotnie. Każdego dnia wsiadam do samochodu świadomie – obserwuję się. Analizuję pracę rąk na kierownicy, pracę nóg, reakcje – ich czas i precyzję. Nie pozwalam sobie na rutynę. Mimo tej uważności, a może dzięki niej, prowadzenie samochodu to dla mnie czas czystego flow – czas, kiedy wiem, że jestem na właściwym miejscu; czas, który daje mi radość.

Po roku od pierwszego szkolenia wiedziałam, że na tym nie koniec. Zdecydowałam, że chcę spróbować sił w KJS-ach. Pierwszy start i dwa pierwsze puchary mam dzięki Citroenowi Berlingo – półciężarówce, zachowującej się jak RWD (czyli tyny napęd), bo pusta paka chętnie wyprzedzała cięższy przód na zakrętach.

Nowy etap miłości do samochodów zaczęłam w dniu, kiedy zobaczyłam Peugeota 205 1.9 GTI. Małe, kanciaste i głęboko warczące pudełko. Zaraz też 205-tka Rallye 1.9 stała się moją własnością i całkowicie zawładnęła życiem moim i Piotrka. Dzięki 205-tce powstał KubatTeam, czyli ja w roli kierowcy (zwanego fizycznym), a Piotrek w roli umysłowego, zwanego pilotem.

Peugeot nauczył nas prawdziwej motoryzacji. Był surowym nauczycielem – błędów nie wybaczał, czego kilkakrotnie doświadczyłam kończąc w krzakach i ryjąc zielone 😉 Lata spędzone z nim w garażu i na startach, z mieszkaniem zamienionym w magazyn, z paznokciami koloru deep black i tysiącami godzin nad, pod i w samochodzie oraz ludzie – ich pomoc i historie – to wszystko sprawiło, że moje życie nierozerwalnie i na zawsze przesiąkło zapachem benzyny, gumy i emocji towarzyszących startom, porażkom i sukcesom.

Przez te lata cały czas zdobywałam doświadczenie – w prowadzeniu samochodu i mechanice. Poszerzałam też wiedzę w zakresie ratownictwa i bezpieczeństwa – mądrego bezpieczeństwa na drodze. Szukałam sposobu na dzielenie się moim doświadczeniem.

Dość długo ulegałam przekonaniom, że przecież są inni – bardziej znani, bardziej medialni, z większymi sportowymi sukcesami, którzy już to robią albo – gdyby zrobili, to na pewno lepiej niż ja. Więc nic nie robiłam poza rozmyślaniem i irytowaniem się, że przecież mam w sobie potrzebę dzielenia się wiedzą, inspirowania i pokazywania kierunku. Aż w końcu przyszła do mnie myśl…..

***

Automaniaczka powstała, ponieważ chciałam i uparcie do tego dążyłam. Jak do wszystkiego, co postanowię, że chcę i zrobię. Cytując Steve’a Jobsa mogę powiedzieć, że Automaniaczka, to taki element spajający kropki, które do tej pory wyznaczały moją ścieżkę.

Kiedy w październiku 2018 roku przyszedł do mnie pomysł: „Zrobisz filmy o motoryzacji dla kobiet”, pomyślałam, że słyszę nie moje myśli…

Ja i filmy…Ja i kamera… Kto mnie zna, ten wie, że jako żona filmowca unikam pokazywania się na zdjęciach i filmach. A jeśli już muszę na nich być, to najlepiej w ciemnych okularach, kapturze i w drugim tle. Kamerę lubię, ale tylko, gdy to ja rejestruję nią obraz.

Tymczasem nieoczekiwana, nieproszona i bezczelna myśl tkwiła mi w głowie. Dźgana palcem i przepłaszana wcale nie chciała odejść. Gorzej! Każdego kolejnego dnia siedząc wygodnie, popijała piwo i z rozbawieniem przyglądała się moim nerwowym próbom pozbycia się jej. Po kilku dniach przepychanek, zakończonych wynikiem 1:0 dla myśli, poddałam się jej. „Ok, chcesz robić filmy o motoryzacji dla kobiet? Bardzo proszę. Podejmę wyzwanie. Zobaczmy, co z tego wyjdzie.”

I od chwili, kiedy otworzyłam się na tę myśl – czas i strumień świadomości przyspieszył. Wpadałam w widzenie tunelowe. A że lubię prędkość, więc było mi z tym po drodze 🙂

Na starcie miałam tylko tę myśl i poczucie, że porywam się na coś awykonalnego. Łatwo powiedzieć: „Będę robić filmy”. Tylko gdzie, kiedy, za co, z kim? Kiedy już wiedziałam, że chcę to zrobić, upór i determinacja rosły we mnie każdego dnia. Nie zrażała mnie konfrontacja z pytaniami Piotrka: „Ale jak ty chcesz to zrobić? Gdzie – trzeba mieć ładne miejsce? Kiedy – nagrania zajmują czas, a potem postprodukcja? Z kim – przecież jesteśmy tylko we dwoje? Za co – masz minimum niezbędnego budżetu? Więc jak chcesz to zrobić?” Na wszystkie pytania odpowiadałam – jeszcze nie wiem. Jedno co wiem, to że chcę i zrobię.

I to chcę i zrobię powtarzałam aż do dnia urodzin Automaniaczki – do 20 maja 2019. Te 8 miesięcy było ekstremalnie intensywnym czasem i równie niesamowitym. Było piękną, piekielną sinusoidą.

Automaniaczka nauczyła mnie, żebym:

  • odważnie mówiła o tym, czego potrzebuję
  • nie zakładała, że ktoś coś powie albo że nie powie
  • nie zakładała, że ktoś mnie wyśmieje
  • przygotowała się na odmowę i nie brała tego do siebie
  • nie kazała sobie wiedzieć, robiąc pierwszy krok, jak będzie wyglądała cała droga
  • była świadoma, że bez dużego budżetu będzie mi trudno, jednak dam radę
  • mówiła o tym, czego potrzebuję, bo to przyciąga do mnie ludzi, którzy mogą mi pomóc
  • zapamiętała, że praca z ludźmi, szczególnie z pasjonatami, to wartość sama w sobie
  • pamiętała, że determinacja i słuchanie wewnętrznego głosu dodają mi sił
  • wierzyła w siebie, moją kreatywność i pozwoliła sobie na otwartość

Automaniaczka przypomniała mi, że zawsze w życiu realizuję marzenia. Może czasem dłużej to trwa i zaczynam wątpić. Jednak, kiedy patrzę wstecz, to mam na to same pozytywne przykłady.

  • chciałam zacząć się wspinać – mimo przeszkód medycznych – zrobiłam to
  • chciałam jeździć ponad 100-kilometorwe trasy na rowerze – zrobiłam to
  • chciałam zostać ratownikiem kwalifikowanym – zrobiłam to
  • chciałam mieć bloga i pisać po swojemu – zrobiłam to
  • chciałam pozbyć się złych nawyków w prowadzeniu samochodu – zrobiłam to
  • chciałam dzielić się pasją motoryzacyjną pracując w korpo – zrobiłam to
  • chciałam kupić samochód do sportu – zrobiłam to
  • chciałam jeździć starym samochodem – zrobiłam to
  • chciałam poznać się na mechanice samochodowej – zrobiłam to
  • chciałam znaleźć sposób na dzielenie się moją pasją motoryzacyjną i z obszaru bezpieczeństwa – właśnie to robię poprzez Automaniaczkę

Jestem pewna, że do końca – do życiowej odcinki – będę robić to, co zechcę. Dlaczego? Bo już doświadczyłam uczucia, jakie temu towarzyszy. W akcie tworzenia, szczególnie kiedy tworzysz z myślą o innych, jest olbrzymia moc. Im więcej ty z siebie dajesz, im bardziej otwierasz się na innych, tym więcej dobrego do Ciebie przychodzi. Takie doświadczenia wzmacniają Cię i pchają do przodu. Pobudzają Twoją sprawczość i kreatywność. Wysiłek w to włożony – fizyczny, intelektualny i finansowy – jest wielki. Jednak radość, satysfakcja i poczucie misji – nieskończenie większe.

Gdziekolwiek jesteś w życiu, cokolwiek masz, cokolwiek przyjdzie Ci do głowy – zacznij od otworzenia się na tę myśl i powiedz jej: widzę cię, słyszę cię – chcę i zrobię. A potem rób – konsekwentnie, z uporem i uśmiechem.

Udostępnij!

jeśli spodobał Ci się zamieszczony materiał – udostępnij go Swoim znajomym :)